JAK SIĘ NIE ZAKOCHAĆ TOM III (zapowiedź)

Luty 14, 2016, In: Książki
3

Blada teściowa skulona na siedzeniu pasażera głośno sapie, z trudem łapiąc oddech. Jednocześnie dożynając resztki nadziei stale, niczym mantrę powtarza te same słowa, o tym co to będzie jak Roberta zabraknie, co zrobi z domem, przecież nawet nie wie gdzie są rachunki, i jeszcze w dodatku pewnie odejdzie służąca.

Galopada pesymistycznych przewidywań starszej pani rujnuje wyobrażenie o idealnej symbiozie i małżeństwie teściów.

Okazuje, że jedno JA jest bardziej wyraziste, krzykliwe i samolubne od drugiego, choć z drugiej strony, przecież tego drugiego JA nie znam za dobrze.

Pani Aleksandra zachowuje się zupełnie tak, jakby mąż właśnie odszedł na herbatkę do Abrahama i z łoskotem zatrzasnął za sobą drzwi.

Obawiam się, że jej panika mocną pajęczyną strachów i bezradności może opaść na moje życie, choć przecież dotychczas Pani Ola prawie w nim nie uczestniczyła.

Mądry, opiekuńczy i kochany Wojtek nie wpadł nawet na pomysł ponownego telefonicznego kontaktu z matką, o przerwaniu urlopu nie wspominając. Zarządził tylko by: Matka na bieżąco go informowała i gdyby czegoś potrzebowała – dzwoniła.

Nie wiem czego by w tej chwili mogła NIE potrzebować, po patrząc na jej rozdygotaną postać mam wrażenie, że sygnał odjeżdżającej karetki przeciął jej cichą i bezpieczną egzystencję. Co oczywiście nie zmienia faktu, że wysłuchuję o tym, że:

– Wojtuś jest taki zmęczony! Boże, jak ten urlop był mu potrzebny! Przecież nie dzieje się znowu nic takiego, ojciec jest pod opieką lekarzy, więc dobrze, że nie przyjedzie.

Biorąc pod uwagę fakt, że teść jest właśnie reanimowany w karetce i przez ostatnie minuty to wbiega, to wybiega z Raju, to faktycznie, nic więcej się nie wydarzyło.

– Ale przecież ojciec jest ciężko chory!

– No i co z tego. I tak by mu nic nie pomógł. Doktorem nie jest!

– Tak, ale…

– Nina, czy ty nawet w takiej chwili nie możesz odpuścić? Przecież damy sobie radę.

Tak, właśnie widzę, jak bardzo. Dochodzę jednak do wniosku, że to nie pora i nie czas na dyskusje, więc ustępliwie milczę.

Nie wiem dlaczego to ja, po latach gdy państwo Brown z zadziwiającą konsekwencją, od fundamentów demolowali nasze relacje, mam teraz być tą osobą, która ma zapobiec egzystencjalnej katastrofie.

Zaciskam szczęki i uświadamiam sobie, że choć nie łączy mnie z nimi subtelna nić pozytywnych emocji i uczuć, spełniam swój moralny obowiązek

Teściowa zdaje się nie zauważać mojego skonfundowania, i wpatrzona w ponury obraz starych, zaniedbanych kamienic ciągnie dalej.

– Wojtek jest taki oddany! Zawsze pomaga każdemu, a o nas dba szczególnie. Gdy przychodzi zawsze ma dla mnie czekoladki, wiesz, te Wedla, które od lat jem o poranku. Myślę wtedy o moim dziecku i przypominam sobie jaki był malutki. Wiesz, jak się urodził to od razu wiedziałam, że będzie kimś. Miał taką mądrą twarz.

Zastanawiam się jakie oblicze po porodzie zaprezentował Bartosz – drugi syn, do niedawna mój mąż. Zapewne zawinięty w terową pieluchę nie prezentował się tak godnie i inteligentnie.

– A jakie ma teściowa najmilsze wspomnienie z Bartkiem?

– A wiesz, że się nie zastanawiałam. No ale, Panie Boże ocal jego duszę, Bartka już nie ma. Wiesz, to takie przykre, został mi tylko jeden syn. – I gwałtowna wolta myśli. – Jakby co, to przecież Wojtek przyjedzie na pogrzeb.

– Halo! Teść jeszcze nie umarł.

– Tak, tak ale w naszym wieku to nic nie wiadomo. Nie wiadomo co to będzie – powtarza w zamyśleniu, przygryzając nowiutkim implantem dolną wargę. – Ja mam przeczucie, że to może być koniec. – Głośno wciąga powietrze i przykłada do oczu wymiętoloną jednorazową chusteczkę. – Jak to człowiek nie wie, co go czeka. A taki zdrowy był!

– JEST!

– No przecież chory jest!

– Ale JEST w sensie ogólnym JEST.

– Tak jeszcze jest. Jednak nie wiadomo co będzie.

– No właśnie, to skupmy się na teraźniejszości i tym co możemy zrobić.

– Lekarzem nie jesteś, to nic nie wymyślisz…

– Przecież nie będę teścia diagnozowała, ale trzeba się dowiedzieć co i jak, i przede wszystkim znaleźć jakiegoś lekarza, który zaopiekuje się ojcem, a przynajmniej wyjaśni co oznaczają stawiane diagnozy i jakie są rokowania. Może teściowa zna jakiegoś kardiologa?

– Oczywiście!- pani Ola wyraźnie się ożywia – W naszym gronie jest kilku lekarzy i to samych profesorów. Tadeusz jest kardiologiem.

– A w którym szpitalu pracuje?

– Dziecko – po raz pierwszy staję się dzieckiem pani Aleksandry, co za zaskoczenie, po wielu latach małżeństwa z Bartkiem – Co ty mówisz! Przecież on ma osiemdziesiąt dwa lata i jest od dawna na emeryturze!

– Czyli jednak nie znamy nikogo, kto mógłby nam pomóc.

– To ty nie znasz!

Jezu! Oszaleję. Wiozę bezradne, stare stworzenie, które zamiast okazania choć minimalnej wdzięczności, zajmuje się uszczypliwymi połajankami. I choć prawdziwe oblicze ludzi poznaje się tylko w ekstremalnych sytuacjach, niezmiennie ich nowe twarze mnie zaskakują. Z drugiej strony wielu jest zadziwionych, gdy znaczymy zachowywać się tak jak oni. Podejrzewam, że gdybym to ja zdobyła się na równie niemiłe uwagi starsza pani by się śmiertelnie obraziła.

Wjeżdżam za karetką na plac przed szpitalem i równie szybko, przegoniona przez ochroniarza wyjeżdżam. Okazuje się, że w połowie pusty parking jest zarezerwowany tylko dla lekarzy i pracowników, natomiast pacjenci muszą parkować poza. Cieszę się, że jedynym moim zmartwieniem jest podupadła na duchu teściowa, a nie na przykład teściowa ze zdrowym duchem, a za to złamaną nogą, którą musiałabym transportować przez kilkaset metrów, z płatnego parkingu uliczkę obok.

Okazuje się, że tak jak podejrzewałam, okoliczne uliczki otabliczkowane są informacjami o bramach wjazdowych, niebezpieczeństwie odholowania, czy zwykłymi zakazami postoju, a wspomniany parking strzeżony zapchany do granic możliwości.

Po dwudziestu minutach krążenia nadal nie mam pomysłu gdzie mogłabym się podziać, więc zawracam, wysadzam teściową przed szpitalnym szlabanem i ponawiam próbę znalezienia wolnego miejsca.

Po kolejnych minutach dostrzegam młodą dziewczynę, z nogą zabandażowaną po pachwinę, podpieraną prawdopodobnie przez narzeczonego, która usiłuje zmieścić usztywnioną kończynę w zielonej corsie. Po wielokrotnych próbach i skomplikowanych manewrach wreszcie zatrzaskuje drzwi i odjeżdżają.

Z niemałym trudem wmontowuję się w niewielką lukę między samochodami i biegnę pod budkę strażnika przed którą zostawiłam teściową.

Rozglądam się we wszystkich kierunkach i z przerażeniem dostrzegam, że starsza pani zniknęła.

– Nie widział pan starszej pani, miała tu na mnie czekać?

– Pani, tu prawie tylko starsze panie wchodzą, nie zwracam na nie uwagi. A w co była ubrana?

Nie mam pojęcia. Mimo, że od godziny nie odchodziłyśmy od siebie na krok, nie pamiętam co miała na sobie. Szczęśliwie przypominam sobie, że teściowa właśnie zakończyła kolejną fryzjerską rewolucję i ma włosy bardziej rude i płomienne niż młoda marchewka.

– Niewysoka, w krótkich rudach włosach…

– A ta. Stała tu jakiś czas bardzo niezadowolona i cały czas powtarzała : co to będzie, co to będzie.

– To z pewnością ona! Wie pan gdzie poszła?

– Tam.

Ręką odzianą w czarny materiał nieprzemakalnej kurtki pokazuje kierunek wejścia do szpitala, lub równie dobrze izby przyjęć, czy barku.

– Ale gdzie tam?

– Pani, niech mi pani głowy nie zawraca! Nie pilnuję tu ludzi tylko samochodów.

Wkurzony obraca się w kierunku stojącego przed szlabanem forda i wykrzykuje

– Czytać nie umie! Przecież pisze, że nie ma wjazdu! – I pod nosem mruczy, Co za głupie, prymitywne ludzie.

Nina M. Brown

absolwentka wydziału polonistyki na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza, przez lata pracowała w różnych wydawnictwach, a obecnie wychowuje synów i prowadzi dom.